397.
Pogotowie_2. W jakiś tam międzynarodowy dzień ierowców (czy ofiar ruchu drogowego) pędziłem rano na dyżur na złamanie karku. Zaspałem - drugi raz ciągu tych kilku lat pracy w Mieście_D. I pokonałem trasę w tempie, którego sam się wstydzę. W ciągu dyżuru dwa wyjazdy do wypadków drogowych (obrażenia niemal żadne przy kompletnie rozbitych autach!).
Coraz gorzej z tym moim podróżowaniem; coraz bardziej nie lubię jeździć. Ten wieczny pośpiech...

ostrydyzur 2009-11-18 22:54:35
skomentuj (1)
396.
Pogotowie_2. Po odprawieniu do domu ostatniego podpitego rowerzysty (o tej porze trudno o trzeźwego pacjenta, ale nic w tym nowego) spróbuję położyć się na chwilę, nim kolejny rowerzysta nie wjedzie nocą na polną drogę... A jutro rano spakuję się szybciutko i włączę na drogę do domu jakąś fajną płytę. We środę rano pojadę nie do pracy w klinice a na dzień wolnego do domu. I będę w nim około 8.00, gdy moje panie będą się właśnie budziły ze snu. Fajnie jest mieć czasami taką niedzielę w środku tygodnia...

ostrydyzur 2009-11-11 01:00:43
skomentuj (1)
395.
Pogotowie_2. Spokojny zwyczajowo dyżur w środku tygodnia okazał się koszmarny i tragiczny. I nawet nie tylko chodzi mi o dwa wypadki skoro świt już u jego kresu (śniegu popadało i obie drogi wylotowe z Miasta_D zablokowane - nie mogłem w ogóle rano wyruszyć do pracy w Klinice!). Bardziej mam na myśli dwie nieudane reanimacje na jednym dyżurze... Bardzo się pilnuję, by nie wyrokować (a już w szczególności na głos - nawet dla kolegów), ale w obu tych przypadkach przystępując do resuscytacji miałem pewność niemal co do ich bezcelowości. W takich właśnie przypadkach trzeba się szczególnie pilnować (staram się!), by dać z siebie wzystko i zwłaszcza w obliczu pewnej niemal klęski nie ulec pokusie działań na pół gwizdka...
Jeśli jednak jedzie się do maluteńkiego miasteczka gdzieś na odległe rubieże powiatu przez 20 minut, a na miejscu natyka się na nieprzytomnego (przez te 20-25 minut), który leży na wznak i ma usta po zęby wymiocin, to szanse na ratunek są niemal żadne. POdobnie jak wówczas, gdy podczas półgodzinnego pobytu na Izbie pacjentka żółknie a potem pomarańczowieje nam w oczach, hemolizie (rozpadowi) ulega cała jej krew i umiera krwawiąc zewsząd i dusząc się krwią. To ostatnie to wydarzenie jedno z najkoszmarniejszych nawet do pomyślenia w pracy lekarza stanów nagłych; wciąż czekam jeszcze na opinię patologa z sekcji, co też tak kobietę otruło (najprawdopodobniej)? Bo przecież nie mieliśmy w środku Europy do czynienia z gorączką krwotoczną chyba (zwłaszcza taką bez gorączki)? A gdzieś na świecie takie widoki mają na co dzień...

ostrydyzur 2009-11-05 15:43:06
skomentuj (6)
394.

Dom. Godzina opóźnienia w poranno-niedzielnym powrocie z dyżuru wynikła z różnicy czasu zimowego i letniego, o którym to cofnięciu wskazówek żonka_A zapomniała. Kolejne pół godziny z tego, że dyżur na SORze kończy się o 7.30, a nie o 7.00 jak w pogotowiu_2 w mieście_D (żona nie rozróżnia tych moich prac). No i ostatnie pół godziny z prostego faktu, że nieco zaspaliśmy, łapiąc resztki snu z ciężkiej nocy na SORze i lekko spóźnili się nasi niedzielni zmiennicy...
Gdy zaliczałem już dwie godziny niby-spóźnienia z pracy, żonka zadzwoniła, choć i tak była przekonana, że coś musiało mi się stać. A ja byłem o 5 minut drogi od domu... Czasem fajnie być już uznanym za zmarłego i wrócić do żywych; można liczyć na fajne powitanie w domu po powrocie... ;)



ostrydyzur 2009-10-31 19:39:44
skomentuj (1)
393.
SOR. Korzystając z chwili przerwy siedzimy z kolegami w fotelach przed telewizorem i nasłuchujemy pogotowiarskich rozmów przez radio:
- Zespół "R" do miasta_X
- Miasto_X słucha was - odpowiada dyspozytorka
- Jedziemy na myjnie umyć ssak - informuje "R"-ka
- Ok, w porządku
Spoglądamy na siebie z kolegą i bez słów wiemy obaj, że mycie ssaka a bez pacjenta dla nas na SOR, to może oznaczać tylko jedno...

ostrydyzur 2009-10-24 02:15:01
skomentuj (3)
392.
Dom. Jadąc wczoraj na kolejny dzień kursu, zatrzymałem się na moment przed sklepem, by kupić sobie coś na śniadanie. Cofnąłem się jednak kilka kroków do samochodu, by zabrać z torby moją książkę stażową. Pomyślałem sobie nieco żartobliwie, że to przecież najcenniejsza rzecz materialna, jaką obecnie posiadam. Sześć niemal lat pieczątek zaliczających staże i kursy (a niektóre w najprzeróżniejszych miastach Polski); z pewnością lepiej, by dokumant nie zginął...

Jak wkurza mnie, że w dniu pemiery nie mogę nigdzie kupić nowej płyty Tomasza Stańko, a w Empiku nie wiedzą nawet, że jeden z największych polskich jazzmanów wydaje jakiś nowy album. Jakby jakaś Gosia Andrzejewska czy inna Doda coś nagrała, to wiedzą o tym wszyscy i leży to dumnie na sklepowych półkach, a w weekend premiery osiąga status złotej płyty!

ostrydyzur 2009-10-17 02:05:42
skomentuj (3)
391.
Staż. To naprawdę niezwykłe, że "preparat" z największego zabiegu brzusznego w chirurgii (5-6 godzin żmudnej dłubaniny) mieści się w dwóch zamkniętych dłoniach... O ile jest w ogóle możliwość wycięcia go; rak trzustki rzadko daje tę możliwość pomęczenia się zespołowi operacyjnemu...

ostrydyzur 2009-10-13 00:01:37
skomentuj (1)

księga gości




2009
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec